Kuinka matka meni? – czyli jak się udała podróż :)

Pewnego dnia postanawiam się spakować i wyruszyć daleko na Północ. I naprawdę to robię!

Startuję Szwagropolem  z Nowego Sącza do Krakowa. Na Dworzec Zachodni w Warszawie dojeżdżam pociągiem. Następnie wsiadam w autobus, który docelowo wybiera się do Wilna, ale po drodze można wysiąść w Kownie (po litewsku Kaunas), aby przesiąść się na kolejny autobus do Rygi

(i to wszystko o czwartej rano!). W końcu mogę na pewien czas zapomnieć o moich bagażach, które są większe i cięższe ode mnie, i oddać je do luku bagażowego. „Kaunas? Vilnius” pyta kierowca za

każdym razem, gdy zabiera od kogoś bagaże, aby były one w miarę posegregowane. Początkowo słyszę „Kansas? Vilnius?” i naprawdę nie wiem jak to spożytkować.

Obie przesiadki, w Kaunas i w Rydze, nie są tak straszne jakby się mogło wydawać. W zamian za to zza autobusowej szyby straszą mnie Litwa z Łotwą. Jakieś takie deszczowe i radzieckie, za przeproszeniem. Po pewnym czasie nadchodzą zmiany. Dookoła pojawiają się przeurocze drewniane domki wszelkiego możliwego koloru. To Pärnu, estońskie miasteczko. Jedziemy dalej i w końcu po 21,5 godzinach kończę swój autobusowy odcinek podróży. Wysiadam na dworcu, zabieram swoje wielkie bagaże i nie mogę wyjść z podziwu. Jest czysto, spokojnie i jakoś tak rześko, że chce się oddychać bardziej niż zazwyczaj. Wiatr wieje idealnie i wierzcie lub nie, ale zza chmur wychodzi Słońce. I taki właśnie jest Tallin, miasto, w którym zatrzymuję się na niecałe dwa dni.

Dalsza droga z Estonii jest przerażająco łatwa i komfortowa. Prom z Tallina do Helsinek pokonuje swoją trasę w niecałe dwie godziny.  W Helsinkach wsiadam w pociąg, który ma mnie zawieźć daleko na Północ.

Przez ostatnie pół godziny nie mogę wysiedzieć na miejscu. Mój wzrok krąży naprzemiennie między widokiem za oknem a wskazówkami zegara. O 21:30 zatrzymujemy się na przedostatniej stacji, a ja nie czując zdziwienia, że stacja ta jest 15 minut od miejsca docelowego (no bo czemu tu się dziwić?) zakładam już kurtkę i plecak. Odliczam minuty: 21:44…, 21:45…, 21:46… . Fińskie pociągi nie powinny się spóźniać. W tej samej chwili dostaje smsa: „Karolina, gdzie jesteś? Nie mogę znaleźć cie na stacji!”. Jestem przerażona i naprawdę, po raz pierwszy podczas tej podróży wpadam w panikę. Czy to możliwe, żebym przegapiła przystanek i najprawdopodobniej wysiądę na następnym, gdzieś za kołem podbiegunowym? Na szczęście wśród opustoszałych przedziałów szybko znajduję dziewczynę, która tłumaczy mi, że w Oulu będziemy dopiero o 23:15. Wstyd się przyznać, ale mam tą godzinę napisaną na bilecie, a pod spodem napisane „Vaunu”. Kupując bilet byłam pewna, że Vaunu to docelowa miejscowość pociągu, gdzieś daleko za Oulu. Nie wiem jak do tego doszłam. I nie wiem co to jest Vaunu. Ale mam dać znać jak najszybciej co ze mną, a tymczasem, jak to w gorących sytuacjach bywa, właśnie skończyły mi się ostatnie pieniądze na telefonie.Na szczęście pomocna dziewczyna od właściwej godziny użycza mi swojego telefonu i mogę szybko dać znać, że pomyliłam pociągi.

Ostatecznie, szczęśliwie i ze wszystkimi bagażami, wysiadam na dworcu w Oulu. Z oddali dostrzegam różowy sweter, a jego właścicielka wita mnie z uśmiechem i szybko wiezie mnie do domu, w którym przyjdzie mi zamieszkać. Ale o tym w innym odcinku… 🙂

Reklamy

Opublikował/a

Blog, na którym zmieniają się miejsca i pory roku. Opowieści o odkrywaniu tego, co pięknie i znane, bądź nieznane.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s