Wakacje w Paryżu

Au pair też należą się krótkie wakacje. Ja wybrałam się do Paryża, aby odwiedzić przyjaciółkę, która jest tam na Erasmusie. Jak tam Paryż? Zatłoczony. Jak tam Paryżanie? Ciągle gdzieś chodzą. Jak tam wieża Eiffela? Stoi i runąć się boi.

Tak naprawdę jak przyjeżdża się gdzieś na cztery dni, to widzi się głównie to, co chce się widzieć. Przyjeżdża? A gdzie tam. Sorry! W dzisiejszych czasach to się PRZYLATUJE. „Czy masz już sukienkę na wyjście?” pytała mnie Katja (tak ma na imię moja przyjaciółka) dwa tygodnie na przód. „Ale jakie wyjście? Przecież nigdzie nie będziemy wychodzić” pomyślałam sobie na przekór. Wy też tak czasem macie, prawda? Myślicie na przekór. A równo tydzień przed zaczęłam chodzić od sklepu do sklepu w poszukiwaniu białej sukienki i słomkowego kapelusza, bo przypomniało mi się, że Paryż to podobno stolica mody, a w stolicy mody trzeba jakoś wyglądać. Kapelusza nigdzie nie znalazłam, więc przekombinowałam mój stary kaszkiet na niby-beret. Sukienkę kupiłam. Czerwoną. Jako bagaż podręczny, zamiast turystycznego plecaka, zabrałam paniusiowatą torbę na kółkach. W końcu byłam gotowa. W czerwonej sukience i tej przekombinowanej czapce, z paniusiowatą torbą na kółkach PRZYLECIAŁAM do Paryża.

Co widziałam? Wieżę Eiffel’a – z daleka. Katedrę Notre Dame – od tyłu. Pola Elizejskie – w wyobraźni. Paryżowałam po swojemu.

Po pierwsze, podziwiałam kamienice tłoczące się wzdłuż każdej ulicy. Kamienice wysokie na dziesięć pięter i stare na sto lat. Uwielbiam.  Przez to uwielbienie trochę mi zajęło zanim zorientowałam się, że te budynki są wszędzie takie same, na jedno, burżujskie, monotonne, paryskie kopyto.  Nuuuda. Zaczęłam patrzyć przed siebie, a tu proszę. Chyba już tu byłam. Nie, zaraz, przecież ta ulica nazywała się inaczej.  Ale jest ta sama kawiarnia i nawet ci sami ludzie siedzą przy stolikach wystawionych na chodniku. Jak to możliwe? Skręciłam w kolejną ulicę, idę kawałek i znowu proszę. Jeszcze raz kawiarnia. Taka sama jak poprzednia. W Paryżu na KAŻDYM rogu jest jakaś kawiarnia.

A może to inaczej. A może to tylko jedna, ta sama kawiarnia i jedni, ci sami ludzie przez cały dzień. Osobna, indywidualna grupa kawiarnistów dla każdego turysty, siedzi i patrzy: o proszę, idzie turystka Karolina i patrzy w naszą stronę. Siedzimy, pijemy, rozmawiamy, a kelner przechadza się między stolikami. Karolina minęła już róg i idzie dalej. SZYBKO! Każdy bierze swoje krzesło i biegnie naokoło do następnego rogu, byleby tylko zdążyć przed idącą Karoliną. Proszę zostawić drinki, nalejemy państwu od nowa. Tak, jestem pewna, że tak to działa, przecież to bez sensu robić tyle takich samych kawiarni na rogu każdej ulicy.

Po trzecie (bo kamienice były po pierwsze, a kawiarnie po drugie), podziwiałam ludzi, a było z czego wybierać, bo ludzi było mnóstwo. Paryż liczy sobie ponad dwa i pół miliona mieszkańców. Dodajmy do tego drugie tyle turystów. Wychodzi pięć. Prawie tyle, co wszystkich Finów w Finlandii. Niesamowite. I jeszcze, co piąta osoba ubrana w „fajny ciuch”. W końcu Paryż stolica mody, na ulicach królują Promody (wiem, że rym), United Colors of Beton i wszędzie SOLDES, SOLDES, SOLDES! – po parysku wyprzedaże. Że też akurat nie miałam  na tyle pieniędzy, żeby zatańczyć pośród tych soldes.

Na placu Pompidou

Po czwarte a) przyjechałam do przyjaciółki, ale to już wiecie, zatem po czwarte b) przyjechałam odwiedzić Jima Morrisona. Jak się ma idoli, którzy nie żyją, to większe prawdopodobieństwo, że można się z nimi spotkać. Nie zastałam go w jego mieszkaniu przy Rue Beautreillis, gdzie kilkadziesiąt lat temu zmarł we własnej wannie. Ruszyłam więc na cmentarz Père Lachaise, który powinien raczej nosić nazwę „Zostaw mapę, i tak się zgubisz”. Ale znalazłam Jima, po ludziach znalazłam stojących, pozujących i pstrykających sobie fotki. Zobaczyłam kobietę w średnim wieku, ubraną bardzo oryginalnie, w getry w paski, buty w kropki i koszulkę z Doorsami. Stara wyjadaczka. Zobaczyłam grupkę młodych dziewczyn, wszystkie umalowane, wyszminkowane, w ładnych, wyprasowanych sukienkach. Początkujące stadium Doors-fana. Stałam tak i trwałam przy tym pospolitym ruszeniu nad grobem, właśnie spełniało się moje największe marzenie z liceum. „I co ci powiedział Jim?” spytała później Katja. No jak to co? Come on baby light my fire!

Połowę rzeczy z mojej listy życzeń poskreślałam, bo mi się nie chciało, albo już tam kiedyś byłam. Podobno byłam idealnym turystą – tak twierdziła Katja, do której przez cały roczny pobyt na Erasmusie przyjeżdżali znajomi i kazali się oprowadzać po Luwrach i Eiffelach. Ja wolałam odłożyć euro na pobyt w restauracji, gdzie kiedyś za życia upijał się Ernest Hemingway. Ostatnie pieniądze wydałam na muzeum patologii i artystów ulicznych. Nie żałuję.

A potem wróciłam do Oulu. Kilka godzin przed przylotem moja fińska rodzina wyruszyła na wakacje do duńskiego Legolandu. Nie będzie ich przez kilka dni. Przed domem zastałam dwa samochody. „O proszę, jak miło. Zostawili mi dwa samochody. Jakbym chciała gdzieś pojechać, to mogę sobie wybrać: Toyota albo Renault – szał!” Po chwili wchodząc do kuchni zastałam na stole kartkę: „Karolina! Umyj dwa samochody: Toyotę i Renault. Odkurz i wytrzyj na mokro w środku.” Uśmiałam się. No to witamy w domu!

Advertisements

Opublikował/a

Blog, na którym zmieniają się miejsca i pory roku. Opowieści o odkrywaniu tego, co pięknie i znane, bądź nieznane.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s