Tajemnica jarmarków

Za górą, za rzeką było sobie miasto a w nim jarmark świąteczny. Za następną górą i następną rzeką było sobie miasto a w nim jarmark świąteczny. Za kolejną górą i kolejną rzeką było sobie miasto a w nim jarmark świąteczny. Dwoiło się tym jarmarkom i troiło, aż w końcu im się rozmnożyło (rym!). Ale na szczęście każdy jarmark okazał się być niepowtarzalny. Nie do podrobienia. Jedyny w swoim rodzaju. I właśnie dlatego w tym roku, korzystając ze świetnego położenia miejsca, w którym obecnie znajduje się baza, z której nadaję tego bloga, wybrałam się nie na jeden, nie na dwa, nie na trzy, ale na cztery takie jarmarki. A opowieść o każdym z nich wysnuta jest tym razem w miażdżącej mierze przez moje fotograficzne ja. No to patrzcie!

 

Monachium

O ile Monachium jest bardzo tradycyjne i mocno związane z bawarskim folklorem, o tyle jarmark świąteczny na Marienplatz… również jest bardzo tradycyjny i mocno związany z bawarskim folklorem. Jest po niemiecku i po świątecznemu. Nie doszukuję się tam ani rosyjskich matrioszek, ani chińskiego jedzenia. To tutaj po raz pierwszy smakuję Glühwein, czyli grzane wino, które niestety nie zdobywa mojego serca.

Solnogród

Jarmark świąteczny w Solnogrodzie jest bardzo, bardzo przytulny. Tak, to właściwe określenie. Przechadzając się między stoiskami odnoszę wrażenie, że te wszystkie ozdoby mają ochotę mnie… no właśnie, przytulić? Albo tak naprawdę to ja mam ochotę je przytulić, wsadzić do plecaka i zawieźć do domu. Dobrze, że jednak tego nie robię, bo znając moją delikatność wszystkie bombki choinkowe poszłyby w niepamięć. A muszę przyznać, że te solnogrodzkie podobają mi się najbardziej. Tu również delektuję się Glühwein po austriacku, ale niestety, ten również nie zdobywa mojego serca.

Zurych HB

Szwajcarski jarmark na Zürich Hauptbahnhof jest urządzony „na bogato”, z wdzięczącą się choinką z kryształami Swarovskiego na środku hallu. Jest też trochę na international-kiczowato. Tu już spotykam matrioszki i inne cuda. Znajduję tu nawet szwedzkiego glögga (niestety bez rodzynek i migdałów), który smakuje dobrze, ale mógłby smakować lepiej (gdyby był z rodzynkami i migdałami). Za to dworcowy Glühwein niestety nie zdobywa mojego serca. W przeciwieństwie do folklorystycznych, szwajcarskich bombek choinkowych, które są wprost bombowe (a masło jest maślane).

Zurych Bellevue

Ale to nie koniec. W Zurychu odwiedzam również jarmark na placu Bellevue, który obfituje przede wszystkim we wszelkiego rodzaju JEDZENIE. Ja stawiam na Rösti (placki ziemniaczane) z zapiekanym serem. Jeśli dobrze sięgam pamięcią, to jest to moja druga szwajcarska potrawa, którą udaje mi się spróbować (pierwszą było Raclette) i muszę przyznać, że jest naprawdę niczego sobie. Ale z drugiej strony, nie wiem, czego innego można spodziewać się po plackach ziemniaczanych. Na Bellevue dzieją się też inne cuda. Można oglądać owce i osły, albo pana, który gra na alpejskim rogu. W jednej z chatek mieści się bardzo nastrojowa restauracja, której wystrój chętnie pozuje mojemu obiektywowi i w której znów raczę się Glühwein i – uwaga – nareszcie znajduję taki, który mi smakuje!

 I już naprawdę na sam koniec zobaczcie, jaka kolekcja mi pozostała po tych wszystkich Glühweinach:

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s