Jego wysokość Matterhorn

Była sobie mała wioska, wokół której wznosiły się potężne masywy górskie. Jeden z nich natura obdarzyła kształtem wybitnie reprezentatywnym – takim, jaki powstaje w wyobraźni, kiedy tylko pada słowo góra. Widzicie ją? Samotna, szpiczasta, potężna, majestatyczna. Matterhorn! A wioska, która leży u jego stóp to oczywiście Zermatt. Mekka alpinistów, japońskich turystów, wielbicieli śniegu i sportów zimowych.

Z Zurychu dojeżdżamy pociągiem do Visp, gdzie przesiadamy się na Ekspres Lodowcowy (Glacier Express), zwany też „najwolniejszym ekspresem świata”. Z zaskakującą prędkością 40km/h suniemy przed siebie, podziwiając za oknem widoki, które spowijają białe chmury. Nasza czerwona kolejka wspina się dzielnie do góry, mijając kolejno tunele i szeregi mostów. Coraz wyżej i wyżej, żeby po 40 minutach jazdy i pokonaniu różnicy około tysiąca metrów wysokości dotrzeć wreszcie do wioski Zermatt, która jest ostatnią stacją na tej trasie.

Pierwsze, co rzuca mi się w oczy po opuszczeniu Ekspresu Lodowcowego to sklep The North Face oraz fakt, że ze wszystkich wysiadających jako jedyne z L. nie taszczymy ze sobą nart ani deski snowboardowej. Kiedy opuszczamy Dworzec, witają nas promienie słońca, biały śnieg, czyste powietrze i oczywiście masy turystów. W wiosce ruch samochodowy jest zabroniony. Komunikację zapewniają elektryczne taksówki i dorożki. Zdecydowana większość przybyłych porusza się jednak na własnych nogach, nawet jeśli uginają się one pod ciężarem sprzętu do uprawiania sportów zimowych.

W Zermatt działają trzy linie, którymi można udać się w góry: Zermatt-Rothorn, Zermatt-Klein Matterhorn i Zermatt-Gornergrat. My decydujemy się na tą ostatnią.

– Czy widać tam Matterhorn? – upewniam się, kupując bilety przy kasie.

– Matterhorn widać wszędzie – słyszę odpowiedź w tonie „oj biedaku, jak ty mało jeszcze wiesz”.

Wsiadamy do Gornergrat Bahn – uroczej, elektrycznej kolejki, która od ponad stu lat wiezie ludzkość ku szczytom. A dokładniej ku jednemu, którego wysokość wynosi 3135m n.p.m. No to jedziemy!

Wysiadamy tuż u stóp ogromnego budynku z wieżami i kopułami, który okazuje się być stacją badawczą. Wychodzimy nieco wyżej, gdzie w specjalnie do tego wyznaczonym miejscu można podziwiać alpejską panoramę. „Wychodzimy” to mało powiedziane. Toniemy w śniegu po kolana, wspinając się pod górę, ale mi osobiście dostarcza to więcej rozrywki niż wysiłku. A poza tym widoki, które ukazują się naszym oczom, zdecydowanie warte są zachodu.

Spoglądamy na potężną gamę czterotysięczników, pokrytych zimową aurą. Atmosfera jest niesamowita. Nad nami czyste niebo, pod nami masy śniegu, a przed nami góry, za którymi czają się Włochy. Jest czym oddychać. Ze wszystkich wspaniałości, które otaczają nas dookoła, rzuca mi się w oczy Monte Rosa, najpotężniejszy masyw górski Alp, oraz wypływający z niego lodowiec Gornergletscher. Z pewnością bardziej wyróżnia się on podczas cieplejszych pór roku, kiedy reszta otaczającego go świata nie jest w całości pokryta śniegiem, ale i tak, przyznaję, robi wrażenie.

Jednak oczywiście górą, której nie da się przeoczyć, i właśnie dla której ciągną w to miejsce tłumy, jest Matterhorn – samotna, lodowcowa piramida. Gwóźdź programu. Wisienka na naszym alpejskim torcie. Ten liczący sobie 4478m n.p.m. szczyt został po raz pierwszy zdobyty po stronie szwajcarskiej w lipcu 1865 roku przez siedmiu wspaniałych, z których – niestety – z wyprawy powróciło tylko trzech: brytyjski alpinista Edward Whymper oraz dwoje przewodników górskich z Zermattu Peter Taugwalder (ojciec i syn). Pozostała czwórka runęła w przepaść po zerwaniu się liny. O upadku mówiła później cała Europa, a o śmierć współtowarzyszy byli oskarżani nawet członkowie wyprawy. Trzy dni po katastrofie Matterhorn został zdobyty po stronie włoskiej przez grupę alpinistów pod dowództwem Antoine Carrela.

Tragedia na Matterhorn przysporzyła w tamtych czasach biedakowi sporo złej sławy. Dziś jednak „góra gór” stanowi cel wielu wspinaczek. Ze względu na swoją popularność przyciąga co roku alpinistów, w tym również tych niedoświadczonych, z całego świata,  Próby zdobycia szczytu przez niewykwalifikowane osoby niestety często nie kończą się szczęśliwie.

Kiedy słońce chyli się ku zachodowi, wracamy kolejką do wioski. Na początku XIX wieku Zermatt liczył sobie nieco ponad 300 mieszkańców, którym obecność Alp bardziej przeszkadzała niż radowała, gdyż w porze zimowej powodowała całkowite odcięcie od świata. Wraz z rozwojem alpinizmu, do wioski zaczęli przybywać pierwsi turyści, a mieszkańcy przekwalifikowali się z hodowców bydła na twórców przemysłu hotelarskiego w dolinie Mattertal. Dziś Zermatt zamieszkuje na stałe 5600 mieszkańców, ale według naszego hosta, który jest rodowitym Zermatczykiem, w czasie sezonu w wiosce może przebywać nawet 40 tysięcy ludzi. Zima trwa tu od listopada do maja. W oczach dwoją się i troją drewniane domy, przykryte białą powłoką. Mimo, że mamy już luty, w oknach wciąż królują świąteczne dekoracje. Wzdłuż głównej ulicy ciągną się sklepy z pamiątkami, kluby, bary i restauracje. To niesamowite jak Szwajcarzy z małej wioski potrafili stworzyć międzynarodową mekkę narciarstwa, do której co roku przybywają tłumy turystów. Ale mając taki Matterhorn, to chyba każdemu by się udało, prawda?

Warto wiedzieć

Bilet na Ekspres Lodowcowy (Glacier Ekspres) w jedną stronę: 18chf*

Wyjazd kolejką na Gornergrat w dwie strony w zimie: 38chf*

*ceny podane są z Halbtaxem

Druga część wpisu niebawem!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s