Gornergrat. Tajemnica walizki

Ponad trzy tysiące metrów nad poziomem morza pokryte śnieżną powłoką. Armia lodowców otoczonych szeregiem czterotysięczników. Promienie słońca, których natężenie nie daje zapomnieć o tym, że jest się bliżej nieba.

Ze szczytu Gornergrat (3089m n.p.m.), na który wyjechałyśmy razem z L. kolejką, kierujemy się w dół. Próbujemy na butach. Uchodzimy kawałek, ale coś nas zaczyna niepokoić. Stop. Przecież nie możemy paradować pieszo na trasie dla narciarzy. Przepraszam, czy tu jest jakaś droga, którą mogłybyśmy zejść w dół i dlaczego nie ma?

Na szczęście kolejka Gornergrat Bahn kursuje regularnie w obydwie strony i równie często zatrzymuje się na stacjach pośrednich.

Wysiadamy na Gifthittli. Jakieś sto metrów niżej od stacji Gornergrat. Wieść niesie, że w pobliżu znajduje się wioska igloo. Kierunek: dół. Śniegu po kolana. W głowach marzenia o rakietach śnieżnych. Ale jak nie ma, to się nie wyczaruje. Przynajmniej mamy wybór: zwały śniegu, bądź pokrywa lodu. W obu przypadkach stromo. I w obu przypadkach trzeba iść w dół.

Przed nami, a raczej pod nami, wynurza się sylwetka człowieka, który schodząc ciągnie za sobą walizkę na kółkach. Ostrożnie, powoli, w dół. Ale jaki pewny siebie. Koko dżambo i do przodu. Na wysokości prawie trzech tysięcy metrów zawalonych śniegiem. Z walizką na kółkach, a jak.

W oddali majaczy już zimowa wersja wioski na Tatooine. A nie, to wioska igloo. Że też naoglądałam się Gwiezdnych Wojen. Już tylko kawałek w dół. W zestawie nadal śniegu po kolana, lub lodu pod dostatkiem. Z braku laku schodzę „na siedząco”. Niestety nie zjeżdżam automatycznie w dół i muszę się odpychać rękami.

Sturlałabym się, gdybym nie miała ze sobą aparatu. Przysięgam.

Wioska niczego sobie. Zgodnie z nazwą, są w niej igloo (wiedzieliście, że to słowo w liczbie mnogiej brzmi tak samo jak w pojedynczej?). Można zwiedzać igloo. Można zjeść fondue w igloo. Można wypić drinka w igloo, ale jeśli pogoda jest dzisiaj taka łaskawa, to przecież można go wypić obok igloo.

My zadowalamy się dwoma czerwonymi leżakami. Naokoło wzniesienia ozdobione wzorkami (pozostałości po aktywnych amatorach sportów zimowych), muzyka gra, wesołe obrazki narciarzy relaksujących się w promieniach słońca biją po oczach. Mam wrażenie, że ktoś mnie zamknął w teledysku z MTV.

Jedna ze śnieżnych budowli to największe igloo na świecie. Wchodzimy. Na ścianie Guinness World Records Certificate z dumą obwieszcza, że zostało ono ukończone przy współpracy Iglu-Dorf (czyli Wioski Igloo, w której właśnie się znajdujemy) oraz Volvo Zermatt, dnia 30 stycznia 2016 roku. Igloo, jak to igloo. Niby duże, ale nie mam porównania. Wiecie, nie żeby coś, ale to pierwsze igloo na kartach mego życiorysu. W środku znajdują się lodowe rzeźby i kilka zdjęć. Aha, i białe Volvo. No dobrze, jednak spore to igloo.

Opuszczamy wioskę. Chcemy dostać się niżej, na Riffelberg, gdzie znajduje się hotel, restauracja i kolejny punkt widokowy. Nie ma oznaczeń, więc spontanicznie ruszamy w dół. Brodzimy mozolnie w śniegu, z jednej strony śmichy-chichy, bo to niecodzienne doznanie, z drugiej strony jednak spory wysiłek. Docieramy do narciarza, który cały czas wpatrywał się w nas z oddali. Aha, to jednak wyłącznie trasa dla narciarzy? Bokiem nie przejdziemy? Ale pani na dole w kasie mówiła, że da się zejść pieszo. Okłamała nas ta pani. Zła pani i my złe na panią.

Nagle sponad ośnieżonych pagórków wyłania się człowiek z walizką na kółkach. Jak on się tam znalazł? Z walizką? Zjechał na niej? Łamiemy sobie głowę nad tą zagadką, ale same nie ryzykujemy. Zawracamy do góry (było cały czas w dół, to teraz dla odmiany pod górkę, hurraa!) i ruszamy w kierunku stacji, aby ostatecznie dostać się na Riffelberg za pomocą kolejki Gornergrat Bahn.

Na Riffelberg bieg czasu daje o sobie znać. Mocne powiewy wiatru rozdmuchują śnieżną pokrywę. Na niebie pojawiają się chmury, słońce opada coraz bardziej w dół. Nadchodzi wieczór.

Znów wsiadamy do Gornergrat Bahn, która tym razem zabiera nas na dół do wioski Zermatt, gdzie mieści się początkowa stacja kolejki. Po drodze po raz ostatni podziwiamy góry, pagórki i hałdy śniegu, zza których nagle wynurza się… człowiek z walizką na kółkach.  „Chciałabym poznać jego historię”, mówi L. I mnie naturalnie ciekawi, co takiego mieści się w jego walizce. Poza tym, mam wrażenie, że nieźle się uparł. Noce i dnie będą nas mijać, zestarzejemy się, odwiedzimy powtórnie Gornergrat z naszymi wnukami, a on nadal będzie gnał wśród ośnieżonych dwu- i trzysięczników. Z walizką, a jak.

 

Ten wpis jest kontynuacją postu „Jego wysokość Matterhorn”

Reklamy

3 thoughts on “Gornergrat. Tajemnica walizki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s