Hej, dogonię lato I: Lozanna

Gdy lato odchodzi, rozpoczynam okres buntu. Mam ochotę tupnąć nogą i ruszyć w pogoń, aby zatrzymać w sercu uczucie swobody, które niezmiennie towarzyszy tej porze roku. Krajobrazy zielonych winnic, pola złocistych zbóż i kwitnące sady na tle błękitnego nieba. Orzeźwiająca woda z miejskiej fontanny, letnia sukienka i krem z filtrem przeciwsłonecznym. Już prawie cię mam… Zaczekaj, lato. Jeszcze tylko założę kapelusz i… CYK!

W pociągu jest tłoczno i gwarno. To pierwszy weekend szkolnych wakacji. Dzieciarnia wybywa na wojaże, a my z L., przyciśnięte do okien szwajcarskiego wagonu, usiłujemy to przetrwać. Pociąg mknie przed siebie, za szybą migają rzędy winnic w kolorze soczystej zieleni. Zaczynam marzyć. Maszynista zatrzymuje się na chwilę i pozwala mi wysiąść z pociągu. Oto bajka o królestwie Vaud – francuskojęzycznym kantonie – a mi przez moment dane jest się w niej odnaleźć. Pociąg mknie jednak dalej i zatrzymuje się, zgodnie z planem, dopiero w Lozannie. Czyżby maszynista nie słyszał moich marzeń?

Miło spaceruje się po lozańskim Cité w środku lata, gdzie przestrzeń, ocieniona murami kamienic, tętni życiem, a turyści mieszają się razem z miejscowymi przy kawiarnianych stolikach. Muzykanci, zbierający franki do kapelusza, bądź futerału, wypełniają puste kąty. Całkowitą (i smutną) dla mnie nowością są jednak ludzie żebrzący na ulicach. Nie spotkałam ich dotychczas w żadnym innym szwajcarskim mieście, tutaj natomiast naliczam ich co najmniej kilkoro.

Błądzenie tu i tam. Jak to często bywa z L., bez planu, bez mapy, na wyczucie, tam gdzie nogi poniosą, tam gdzie intuicja pozwoli na niespodziewane odkrycia. Takie jak dźwięki muzyki nad Jeziorem Genewskim, które zwabiają nas na festiwal kultury kolumbijskiej. Obchodzimy się smakiem zawartości straganów (wstęp płatny, a my to z tych teoretycznie oszczędnych). Na szczęście muzyka wykracza poza zabarykadowane terytoria kolumbijskiego półświatka. Przysiadamy na ławce nieopodal i zajadając drugie śniadanie, zasłuchujemy się w latynoamerykańskich dźwiękach. Przed nami jezioro z palmami z Alpami w tle i z Alpami na tle palm, które tworzą wspólnie niepowtarzalny krajobraz. Promienie słońca delikatnie odbijają światło o mój kapelusz, dyskretny wiatr sprawia ulgę przed nadmiarem ciężkiego powietrza. Trwaj chwilo, trwaj…

Wracamy do Cité i metrem (jedyne takie w Szwajcarii – atrakcja!) kierujemy się na lozańskie obrzeża. Nocujemy u hosta z Couch Surfingu poza miastem, w miejscu, gdzie kwitną jabłonie, słoneczniki piętrzą się ku niebu a dzikie koty wylegują się w promieniach słońca.  Pola zbóż jak stereogramy kołyszą się delikatnie na wietrze, zostawiając w tle nieruchome góry. To właśnie w tym miejscu odnajduję to uczucie w pełni. To właśnie tutaj doganiam lato.

Advertisements

Opublikował/a

Blog, na którym zmieniają się miejsca i pory roku. Opowieści o odkrywaniu tego, co pięknie i znane, bądź nieznane.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s